6 lutego 2022

Podlaskie pierogi, szakszuka i śpiwory przysypane śniegiem

 

Igor Kuranda spędził Wigilię w bazie organizacji Salam Lab (1), z wolontariuszami niosącymi pomoc osobom migrującym. Pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia przeczesywał podlaski las, sprzątając obozowiska opuszczone pośpiesznie przez ukrywających się ludzi. 

“Nie są potrzebne żadne akty heroizmu. Po prostu nie bądźmy obojętni i życzliwie witajmy tych, którzy do nas przybyli”. 

 

Opowiesz coś o sobie?

Urodziłem się w Wieluniu, ale w Krakowie mieszkam ponad 16 lat, czuję się tutejszy. Nie pochodzę z religijnej rodziny. Moi rodzice są lekarzami, zaszczepili we mnie zdrowy rozsądek, naukową wizję świata i chęć niesienia pomocy. Ich rodzice też pracowali w ochronie zdrowia. Z Kościołem nie mieli nic wspólnego, byli wręcz ekskomunikowani (jedna babcia była pielęgniarką i komunistyczną posłanką, a druga ginekolożką przeprowadzającą legalne aborcje). Zostałem jednak ochrzczony w Kościele rzymskokatolickim, a swojej duchowości szukałem sam. Już w liceum, poznając historię Reformacji, poczułem, że to moja ścieżka. Konwersji na luteranizm dokonałem dopiero w 2018 roku, była połączona z chrztem mojej córki. Przed pandemią mocno angażowałem się w parafii, czasami prowadziłem szkółki niedzielne. Teraz jestem wiceprezesem krakowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Ewangelickiego. Zaocznie studiuję również teologię na ChAT. Został mi rok. Obecnie pracuję jako copywriter.

Witaj w klubie! A jak to się stało, że zaangażowałeś się w działania prowadzone przez Salam Lab?

Jeszcze zanim Salam Lab powstał czytałem Islamistę (2) i angażowałem się w nieformalną inicjatywę na rzecz obcokrajowców, która nosi nazwę “Witajcie w Krakowie”. Ale to sytuacja na granicy polsko-białoruskiej popchnęła mnie do większej aktywności. 

Rozumiem, w moim przypadku było podobnie. Jak to się stało, że pojechałeś pomóc na granicy?

Normalnie nie mógłbym sobie na to pozwolić. Mam dwójkę dzieci, które wychowuję z moją byłą żoną. W październiku pojechałem na protest do Michałowa, na tyle mnie było czasowo i logistycznie stać. Czułem, że to ważne, ale też, że to za mało. W tym roku dzieci spędzały jednak święta z mamą i jej rodziną, a ja zyskałem kilka dni wolnego. Spakowałem się i pojechałem pomóc w bazie Salam Lab.

W czasie świąt pewnie brakowało ochotników na dyżury?

Sytuacja przed świętami nie była ciekawa. Niektórzy wolontariusze byli na granicy od miesiąca, a nawet dłużej. Chcieli wrócić, spędzić czas ze swoimi rodzinami, podreperować zdrowie. Na kilka dni przed moim przyjazdem brakowało ludzi na akcje. Zakłada się, że do interwencji w lesie potrzebnych jest sześć osób. A w bazie zostały tylko cztery. Wolontariusze przemarzli podczas jednej z wielogodzinnych interwencji, przeziębili się. To był czas największych mrozów na Podlasiu. Gdy 23 grudnia przyjechałem do bazy Salam Lab, było prawie minus 20 stopni. Ucieszyli się, że przyjechał ktoś z nowymi siłami, zdrowy. A ja cieszyłem się, że mogłem im dać swoją obecność oraz komfort psychiczny, że gdy zadzwoni telefon i trzeba będzie ruszyć do lasu – jestem i pomogę.

Czym zajmowałeś się podczas pobytu w bazie? 

Prozą życia. Trzeba było uzupełnić zaopatrzenie apteczne, kupić żywność, robić porządki w magazynach. Jeździliśmy też sprzątać obozowiska po uchodźcach w lesie. Mam prawo jazdy, więc byłem kierowcą. Wszędzie widziałem mnóstwo służb. Przez to chyba, że było tak bardzo mroźno, mało nas kontrolowali. Stali przy koksownikach i grzali się na checkpointach. Trochę się nasłuchałem o doświadczeniach wolontariuszy, którzy tam byli dłużej i przyznam, że czasem widok samochodu wojskowego budził we mnie napięcie. Niektórzy aktywiści byli przepytywani w policyjnych sukach godzinami. Co robili w lesie? Po co po nim chodzą? Dlaczego w plecaku mają ciepłe jedzenie i zapasowe ubranie? Czemu spakowali ogrzewacze chemiczne? Policja oczywiście to wszystko wie, te przesłuchania są tylko po to, żeby uprzykrzyć wolontariuszom życie, zniechęcić ich, zabrać im cenny czas. Przecież nie robią nic nielegalnego. Chodzą po lesie, nie wchodzą do strefy zamkniętej. Pomaganie jest legalne.

Drugi Twój dzień na Podlasiu to Wigilia. 

Tak, oczywiście urządziliśmy sobie kolację wigilijną. Były podlaskie pierogi z kapustą i grzybami, barszcz, oraz inne dania. Świąteczne śniadanie zrobiliśmy w stylu bliskowschodnim, była szakszuka. Większość ludzi, z którymi spędzałem ten czas, to ateiści, więc to były świeckie święta. Ja wziąłem śpiewnik ewangelicki i Biblię, sam odmówiłem jutrznię i nieszpory. Śpiewaliśmy wspólnie, dużo i różne rzeczy. Podczas Wigilii chciałem przeczytać przy stole o narodzinach Jezusa, który też był migrantem, uchodźcą. Zgodzili się na to. Czytaliśmy też inne historie osób migrujących, takie współczesne. Spięło się to w całość, w taką opowieść wigilijną.

Jak ateiści radzą sobie psychicznie podczas tego kryzysu humanitarnego? Jak robią to osoby wierzące? Masz jakieś obserwacje na ten temat?

Wszyscy radzą sobie podobnie – dzięki wspólnocie. To jest właśnie najlepszy sposób, żeby zachować zdrowie psychiczne. Mnie dodatkowo pomaga wiara. Zresztą ja postrzegam wolontariuszy na granicy jako osoby wierzące.

W jakim sensie?

W praktycznym wymiarze wiary. Oni są światłem w ciemności, oni są solą ziemi. To co robią, jest bliskie naukom Chrystusa, mimo że samą Jego osobę ktoś im w życiu zdążył obrzydzić. 

Twoje święta były nietypowe. Pewnie sporo było nowych emocji. Możesz coś o tym opowiedzieć?

Na początku czułem lęk. Nie przed służbami. Cały czas było takie wyczekiwanie, że może zadzwoni telefon i trzeba będzie jechać na interwencję. Czy jestem wystarczająco przygotowany? Czy w stresie będę pamiętał o wszystkich procedurach? To oczekiwanie było wyczuwalne w powietrzu. W końcu żadnej interwencji nie było, ale właśnie na wyczekiwaniu była zbudowana atmosfera tych dni. Drugie uczucie, które mi towarzyszyło, to takie odklejenie od rzeczywistości. 

To znaczy? 

To może na przykładzie. W pierwszy dzień świąt poszliśmy sprzątać do lasu po interwencji. Część rzeczy jest do wyrzucenia, część, na przykład śpiwory, można wyprać, zdezynfekować i nadadzą się na kolejną interwencję. No więc wyobraź sobie, że my zbieramy te graty w głębi lasu, rzeczy które parę dni temu uratowały komuś życie od zamarznięcia, a kilkaset metrów dalej główną drogą przez las całkiem sporo ludzi spaceruje sobie całymi rodzinami, cieszą się białymi świętami, magiczną atmosferą. A ty widzisz ich zza drzew trzymając w ręce papierki po żelach na odmrożenia.

Co zrobić, żeby od tego nie oszaleć?

Mamy dostęp do terapeutów. Wśród wolontariuszy jest też sporo absurdalnego, czasem czarnego humoru. To wynika z tego, że mają poczucie działania na takim pograniczu jawy i snu, są na krawędzi dwóch skrajnie różnych światów. Z jednej strony ludzie walczą o życie w lesie i oni ich ratują, z drugiej strony życie toczy się normalnym rytmem. Absurd goni absurd. Żeby nie płakać, trzeba się śmiać. To pozwala się zdystansować i nie oszaleć. Inni piszą wiersze. Jakoś starają się ubrać tę chorą sytuację w słowa. Nasz kolega M. tak napisał w wigilijny wieczór:

 

chodzimy do lasu

zbierać ludzi

zbieramy ich także w parku narodowym

nie oburzaj się

że to zabronione

czytałem regulamin

ludzie nie są pod ochroną

 

M. 24.12.2021

 

Nie oszaleć pozwala też fakt, że ta praca ma sens, ratuje życie. Część podziękowań napływa już z Niemiec. “Herbata, którą mi dałeś w polskim lesie, to była najlepsza herbata jaką piłem w życiu”. A ci, którzy utknęli w polskich ośrodkach dla uchodźców, również dziękują. Ale zaraz potem wołają o pomoc, bo warunki tam są skandaliczne. 

No właśnie. Co możemy teraz zrobić? Jakie są najbardziej palące potrzeby w lutym 2022 roku?

Nie są potrzebne żadne akty heroizmu. Grupa Granica jest dobrze zorganizowana, a ludzi na pograniczu jest mniej. Nie trzeba chodzić po podlaskim lesie, żeby pomóc. Teraz środek ciężkości z granicy przenosi się na ośrodki dla uchodźców. To również jest miejsce jeśli nie bezpośredniego, to pośredniego zagrożenia życia. Panują tam warunki więzienne, albo i gorsze. Na jednego człowieka przypadają maksymalnie 2 metry kwadratowe powierzchni. Ludzie są w depresji. Tracą nadzieję. Przynajmniej jeden ośrodek jest przy czynnym poligonie wojskowym, a ludzie, którzy uciekają przed wojną i przeżyli gehennę w polskim lesie, teraz codziennie słyszą wybuchy. Są tam dzieci… Trzeba to nagłaśniać, trzeba pomagać organizacjom, które wiedzą, jak to robić mądrze. A tym, którzy te ośrodki opuszczają, trzeba pomóc jakoś odnaleźć się w naszym społeczeństwie – jeśli po tym wszystkim, czego tu doświadczyli, będą chcieli zamieszkać wśród nas. Oni nie mogą liczyć na państwo, niestety.

Sytuacja na granicy zmienia. Mnie zmieniła bardzo. A Ciebie?

Mnie również. Początkowo przeżyłem coś na kształt załamania. Chyba dużo ludzi, których dotyka ta sytuacja, przeżywa coś podobnego pod ciężarem bezradności. Straciłem też resztki zaufania do aparatu władzy, a nie miałem go za dużo już wcześniej. Nie sądziłem, że polska Straż Graniczna czy wojsko są zdolne do torturowania migrantów. To mnie zszokowało. 

Czujesz się patriotą?

Zawsze się czułem patriotą i nadal nim jestem. Podczas protestów każdemu strażnikowi i policjantowi mówię “dzień dobry”. Mundurowi to zwykli ludzie, a ja staram się zrozumieć, jak bardzo zła jest również ich sytuacja. Nie możemy ich odczłowieczać. Niestety mają niską świadomość prawną. Często nawet nie wiedzą, że popełniają przestępstwa, mimo że mają przecież jakiś kompas moralny. Ktoś “u góry” im powiedział, że ludzie w lesie nie mają praw. A potem są zdziwieni, że to nieprawda! Ja tu widzę olbrzymią odpowiedzialność kapelanów. Ktoś powinien mówić mundurowym, jak wygląda sytuacja z duchowej i moralnej perspektywy, a także od strony prawnej. Oraz że mur nie rozwiąże żadnego problemu.  

Dziękuję Ci za rozmowę. Tak już zupełnie na koniec… Czy masz jakieś wspomnienie ze świąt na granicy, które zostanie z Tobą na długo? Jakąś stopklatkę w pamięci, niezapomnianą scenę? 

Mam kilka takich obrazów, podzielę się jednym. Jestem z A. w lesie, już po akcji. Pozostali wolontariusze poszli po samochód. My staramy się ukrywać w przydrożnych krzakach, pilnujemy zebranych rzeczy. Nagle zaczyna się przejaśniać. Robi się świetliście, słońce wychodzi zza chmur, promienie skrzą się na bielutkim śniegu, jest pięknie. Mamy świadomość, że nas widać, drogą jadą patrole, blisko nas, mijają nas średnio co trzy minuty. Jest taki straszny mróz, że nie ma szans zwinąć śpiworów, są twarde jak deski. Jeden z nich jest jaskraworóżowy. Morze światła nas zalewa, widać nas jak na dłoni. Chcieliśmy się skryć w półmroku, a tymczasem ta światłość nas dopada, obnaża. A ja mimo wszystko czuję spokój. Na początku, gdy wchodziłem do lasu, miałem w sobie jakiś lęk, ale teraz, w tym świetle, paradoksalnie już nie. Czuję, że wszystko robię dobrze. Że nawet jeśli nas złapią i wezmą na przesłuchanie, to trudno, nie robię nic nielegalnego. Na tym polega bycie światłem, dam świadectwo jeśli trzeba. 

Żaden wojskowy ani policyjny wóz się przy nas nie zatrzymał. Przyjechał nasz samochód. W ostrym świetle dnia zapakowaliśmy wszystko na spokojnie i wróciliśmy do bazy. 

 

Nikt nie powinien czuć, że musi się chować, robiąc dobro. 

Tak. Pomaganie jest legalne https://prawonagranicy.pl/! To obojętność wyrządza krzywdę.

 

Z Igorem Kurandą rozmawiała Katarzyna Pastucha

 

(1) Salam Lab – krakowska organizacja, której priorytetem jest budowanie mostów między różnymi społecznościami narodowościowymi i wyznaniowymi. Promuje rzetelne informacje na temat innych kultur, mniejszości narodowych, etnicznych i religijnych (przyp. EdG)

(2) islamistablog.pl – blog założony przez twórców Salam Lab, znawców świata islamu i muzułmanów, przybliżający polskiemu czytelnikowi kulturę rejonów, w których islam jest dominującą religią, przedstawiający ludzi, ich tradycje i codzienność (przyp. EdG)

 

 

 

Zdjęcia: Igor Kuranda