19 stycznia 2022

„Human flow” – kilka refleksji po filmie o migracji

 

Film Ai Weiweia Human Flow” miał swoją premierę w 2017 roku. Zdobył trzy nagrody specjalne na festiwalu w Wenecji, a nawet nominację do Złotego Lwa.  Jest jednym z najważniejszych filmów o migracji we współczesnym świecie. Tytuł przetłumaczono jako Wędrówki Ludów”, ale nie sposób znaleźć jego polskiej wersji językowej. Nie pamiętam też, żeby był u nas w kinach. 

            Zakupiłam zatem i obejrzałam film w oryginalnej, angielskiej, wersji, a także poszukałam recenzji. Marcin Grudziąż (https://pelnasala.pl/wedrowka-ludow/) tak pisze o filmie:

„Wielkość materiału, jakim dysponował Weiwei, robi kolosalne wrażenie, jednak w natłoku bohaterów z czasem kolejne poznane osoby stają się nam zupełnie obojętne, zwłaszcza że sami twórcy nie pałają wielką chęcią do zgłębienia historii poznanych postaci. Film szybko popada w monotonię, co w połączeniu z jego metrażem staje się dla widza wręcz uciążliwe. Oczywiście „Wędrówki ludów” są pięknym i pouczającym manifestem wymierzonym w rasizm i ksenofobię, obawiam się jednak, że ich forma jest zbyt mało przystępna, by kiedykolwiek mogły trafić do ludzi, których mogłyby czegoś nauczyć. Dla większości widzów warstwa społeczna tego filmu pozostanie raczej zbiorem truizmów, niż czymś wnoszącym świeże spojrzenie.

            Trudno nie zgodzić się z autorem tej recenzji. Film jest nie tylko monotonny, ale wręcz potwornie nudny. Przez dwie godziny przesuwają się nam przed oczami karawany, pontony, ciężarówki. Ludzie płyną, maszerują, brną przez błoto, piach, las, wyczekują przy zagrodzonych drutami granicach. Coś tam planują albo z rozbrajającą szczerością oświadczają, że nie mają planów, że nie spodziewali się tak szybkiego zamknięcia granic w Europie, a nie mają gdzie wracać.

            Owszem, zmieniają się kraje i krajobrazy. Ai Weiwei zabiera nas do Azji, Afryki, Europy, Ameryki. Słyszymy o konfliktach, o których już czytaliśmy: rzezi Rohindżów, płonących polach naftowych w Iraku, wojnie w Syrii, Kurdach podzielonych między cztery państwa. Wojny mają różne przyczyny, ruiny ten sam szarobury odcień, mundury i sztandary zawsze ustępują miejsca pstrokatym nomadom, których nie chce żaden z krajów, znanych skądinąd z wielu cnót i przymiotów, takich jak gościnność.

            W zasadzie trudno się nawet wzruszać. Reżyser czasami zatrzymuje ujęcie na dłużej na czyjejś twarzy, ale historie są bardzo podobne. Widz nie otrzymuje zwykłej dawki adrenaliny i doznań estetycznych. Stąd właśnie bierze się poczucie monotonii. Uciążliwe jest nawet patrzenie na uchodźców pozujących statycznie do kamery na początku filmu w ujęciu, które z pewnością miało na celu skupienie uwagi na pojedynczym człowieku, uświadomienie nam, że wędrujące ludy, czy „ludzki przepływ, jak można by dosłownie przełożyć tytuł filmu, to, osoby, których los pisze wojna, bieda, zmiana klimatu, a nie oni sami, co przywykliśmy traktować jako normę.

            Polecam tę nudę. Kolejne ujęcia filmu odsłaniają  starą prawda, że ludzie zasadniczo dzielą się na biednych i bogatych oraz że ubogich zawsze mieć będziemy. I naprawdę – jak słusznie zauważył autor przytaczanej wyżej recenzji – trudno wyjść tu poza truizmy. Film przytłacza i  trudno o błyskotliwy komentarz do tego dokumentu. Zwłaszcza, że liczby wydają się po prostu niewiarygodne. W 2015 i 2015 roku ponad milion osób przybyło do Grecji, głównie z Syrii, Afganistanu i Iraku. W tym samym czasie 210 000 uchodźców z Afryki dotarło do Włoch. Na granicy grecko-macedońskiej w Idomeni utknęło 13 000 osób. W 2015 roku 500 000 Kurdów musiało opuścić swoje domy. W Turcji mieszka 3 000 000 uciekinierów z innych krajów, w tym tylko 10% w oficjalnych obozach. Osoby te nie mają statusu uchodźcy, więc na niewiele mogą liczyć, a Unia Europejska płaci Turcji za utrzymanie status quo. Liban przyjął 2 000 000, głównie Syryjczyków i Palestyńczyków, a uchodźcy stanowią tam jedną trzecią ludności. Największy obóz w Afryce, Dadaab w Kenii, zamieszkuje 500 000 uchodźców z Somalii, Erytrei i Południowego Sudanu. Nielegalny obóz migrantów, czyli tzw. „Dżungla”, w Calais, liczył 10 000 osób. Po zdobyciu Mosulu przez Państwo Islamskie ucieczką ratowało się 300 000 mieszkańców miasta. W 2015 i 2016 roku w Niemczech złożono 1.2 miliona wniosków o azyl. W 2016 roku ponad 5000 osób utonęło w Morzu Śródziemnym, próbując dotrzeć do lepszego świata. 

       Film przypomina, że Unia Europejska powstała w oparciu o poszanowanie godności człowieka, wolności, równości i solidarności. Trzeźwo zauważa też, że ideały Konwencji Genewskiej dobrze się sprawdzały przy niewielkiej migracji na drugą stronę żelaznej kurtyny, ale runęły pod naporem tych setek osób, które z różnych przyczyn i w różnym stopniu desperacji ruszyły ostatnio w drogę. 

            Wbrew temu, co przeczytałam przed jednym z internetowych komentarzy, pisząc o filmie trudno o „spoiler”, gdyż film nie trzyma w napięciu jak hollywoodzkie superprodukcje, nie oferuje zaskakujących zwrotów akcji. Oglądając go kiedyś, zwróćcie jednak uwagę na kilka szczegółów. Na uśmiech, z jakim ludzie, którzy mają nadzieję na lepsze życie, robią sobie zdjęcia. Na to, ile radości daje stłoczonym w Idomeni ludziom kot Tabusz. Przypatrzcie się chłopcu, który protestuje przeciwko deportacji, a łzy chowa za trzymanym w dłoni kartonowym banerem. Popatrzcie, jak pierze się dżinsy w plastikowej torbie. Spróbujcie wsłuchać się tak naprawdę w to, co mówi dziewczynka w obozie dla uchodźców, narzekając na nudę i dajcie prawo grupce młodych Palestynek na plaży pomarzyć o tym, żeby zobaczyć świat. 

            Dobrze też nie przeoczyć faktu, że na ludzi wysiadających z pontonów na wyspie Lesbos ktoś czeka z herbatą, folią termiczną i dobrym słowem. Wysłuchać młodej wolontariuszki z Niemiec, która zwraca uwagę na to, że uchodźców trzeba nie tylko nakarmić, ale przede wszystkim zobaczyć w nich ludzi. 

            Szczególnie nie należy przegapić jednej sceny. Nielegalnymi tunelami z Egiptu do Strefy Gazy przedostał się piękny tygrys. Widzimy go, jak miota się w malutkiej klatce. Po chwili dowiadujemy się, że ogromnym nakładem pracy oraz dzięki współpracy wielu instytucji kilku państw udało się zwierzę bezpiecznie przetransportować do Johannesburga i wypuścić na wolność. Myślę o znaczeniu tej sceny, bo przecież na pewno jest ona symboliczna. Zostaje gorzki posmak. Od kiedy nadzieja ma w sobie taką gorycz?

            Film skupia się na migracji do roku 2016. Oglądam go teraz nieprzypadkowo. Wszystko, co robię w ostatnich kilku miesiącach, jest jakoś zaczepione o to, co dzieje się na wschodniej granicy. Myślę o tym, co robiłam w roku 2015 i 2016, kiedy po naszej stronie Naszego Morza (przecież Morze Śródziemne to Mare Nostrum!) rozgrywał się dramat tylu ludzi. Nie żyłam ich tragedią. Byli wiadomościami, a „problem relokacji wydawał się polityczny. Myślałam tak, jak pewnie teraz wielu myśli o granicy polsko-białoruskiej. Tyle, że teraz to jest już nasza granica.

Barbara Poważa-Kurko